Jak (nie) zostać królem... polskiego internetu
 

 

Dziś zaczniemy nietypowo - bo od lektury statystyk. Firma Gemius S.A to największy - i jedyny powszechnie uznawany za dostawcę miarodajnych danych tego typu - podmiot badający ruch w polskim internecie. Wraz z instytutem Polskie Badania Internetu dostarcza on co miesiąc setkom (jeśli nie tysiącom) witryn szczegółowych raportów dotyczących tego kto, kiedy, gdzie, dlaczego... - je odwiedzał. Raporty te są słono opłacane przez odbiorców i biznes się kręci. Część danych jest jednak na bieżąco udostępnianych za darmo w internecie.

Statystyki są ciekawe. Możemy z nich wyczytać między innymi, że w sierpniu 2011 roku (dane ukazują się zawsze z dwumiesięcznym opóźnieniem) prym w polskiej sieci wiodły kolejno: Grupa Google, Grupa Onet, YouTube.com, Grupa Wirtualna Polska, Grupa Nasza Klasa, Facebook, Grupa Allegro, Grupa Gazeta.pl, Grupa Interia.pl i Grupa o2.pl. Oj, zaroiło się od tych "grup"... Oznacza to, że podawane wyniki nie dotyczą pojedynczej witryny, ale wszystkich serwisów skupionych w ramach jednej marki jednocześnie. Jedynie Facebook i YouTube.com nie potrzebuj „plotków”, „deserów” i „kozaczków” do nabijania odwiedzin.

Badania Megapanel PBI/Gemius S.A. potwierdzają również, że jedyną licząca się wyszukiwarką internetową w Polsce jest Google – popularny „Wujek” opanował już ponad 83% rynku. Pozostałe 17% rozbitych jest mniej więcej po równo między praktycznie nieliczących się graczy, z których większość znalazła się w rankingu wyłącznie dlatego, że instalują w komputerach użytkowników tzw. toolbary - podmieniające bez pytania domyślną wyszukiwarkę. Ot, taki smaczek...

Pozostała jeszcze jedna kategoria - komunikatory. Tu od dłuższego czasu sytuacja jest również stabilna. Pierwsze miejsca obejmują: GG oraz Skype. W zasadzie nikt i nic nie jest im w stanie zagrozić.

To tyle, jeśli chodzi o statystyki. Ale co z tego wynika?

Karierę w ostatnich latach w polskim światku internetowym - a szczególnie w tak zwanej blogosferze - robi pojęcie „startup". Gdyby trzymać się kurczowo tłumaczenia z języka angielskiego, to za „startup" należałoby uznać po prostu każde nowe przedsięwzięcie, powstające w internecie. Nasze branżowe media, które znane są z tego, że oprócz trzymania wysokiego poziomu merytorycznego - kochają pławić się w samouwielbieniu i gnić we własnym, wzajemnie wąchanym z najwyższą atencją smrodzie - ukuły oczywiście autorskie kryteria na określenie co „startup'em" jest, a co nie.

Jeśli mamy pomysł na to, jak zarabiać na naszej witrynie od samego początku... Jeśli nie zamierzamy opierać witryny o mechanizmy społecznościowe, pozyskiwać kolejnych tur finansowania z funduszy Venture Capital czy też trzymać się pewnych mód związanych z szatą graficzną... Jeśli olewamy wszelkie konferencje branżowe, a zamiast w nieskończoność uruchamiać dostępne tylko na zaproszenia wersje testowe strony - odpalamy gotowy biznes... Jeśli nasze biuro nie wygląda tak, jak siedziba Google... Jeśli spełniamy którykolwiek z tych warunków - to nie powinniśmy mieć czelności nazwać się „startup'em".

Problem w tym, że to właśnie „kultura startup'u" jest lansowana przez media. Tymczasem. jest to bardzo zniekształcone pojęcie przedsiębiorczości. „Startup'y” znane są z tego, że - prócz naprawdę nielicznych - upadają po roku, dwóch, a jeśli nawet nie spotka ich ten los - to są w nieskończoność dofinansowywane przez rozmaite fundusze. Prędzej czy później pieniądze bez pokrycia będą musiały stracić wartość. Każda bańka mydlana pęka. Niestety dzięki wrzawie wokół „startup'ów” - młodym ludziom wydaje się, że świat internetowego biznesu stoi przed nimi otworem.

Pomysł jest prosty. Skoro statystyki mówią, że jedne z najpopularniejszych w ostatnich czasach serwisów, to serwisy tzw. zakupów grupowych - to taki serwis właśnie trzeba zrobić. Zaczyna się od pomysłu i zabawy w „programowanie" i grafikę z kolegami. Potem - dofinansowanie unijne lub od Aniołów Biznesu i... już można otwierać biuro, którym trzeba się pochwalić w internecie. Ba! Trzeba też wrzucać na stronę fotki z licznych branżowych konferencji, bo jak Cię widzą, tak Cię piszą, prawda? No i o! Przepis na sukces gotowy!

Takim obrazem właśnie, mają nabite głowy młodzi adepci wirtualnego biznesu. Jak grzyby po deszczu powstają rozmaite serwisy społecznościowe czy wspomniane wcześniej programy zakupów grupowych. Są to projekty raz lepsze, raz gorsze. Wszystkie (prawie) mają jeden wspólny mianownik - nikt nie myśli, co będzie, gdy skończy się finansowanie i nikt nie myśli o prawdziwym zarabianiu pieniędzy.

Lektura przytoczonych na początku statystyk jasno pokazuje, jakie są internetowe trendy i kto dzierży palmę pierwszeństwa. Jeśli ktoś uważa, że z pieniędzmi od wujka, biurkiem w garażu ojca i wsparciem samozwańczych polskich ekspertów (mowa chociażby o branżowej blogosferze) jest w stanie pobić Zuckerberga, albo Larego Page'a i Sergey'a Brin'a, to... pozostaje życzyć powodzenia! Warto najpierw popatrzeć na cyferki... A potem? A potem zdobyć solidną wiedzę z jakiejś dziedziny i dopiero wtedy szukać sobie sposobu na biznes.

Panie i Panowie: Król może być tylko jeden! Całej reszcie pozostaje pętać się gdzieś w okolicach dworu. a przy odrobinie rozsądku - można się w ten sposób nieźle obłowić. Nieco bardziej ambitnym, polecam aplikowanie na stanowisko królewskiego błazna. Ci, którzy właśnie się obrazili - być może mają szanse na karierę w branży wypasu owiec na Nowej Zelandii. Ci, którzy z uśmiechem zrozumienia zmrużyli oczy - niech zakaszą rękawy i do ...roboty! Takich ludzi (nam wszystkim) trzeba!

 


Tagi: gemius, startup, venture capital, anioły biznesu
matura-to-bzdura 2011-11-08 23:14:56
skomentuj (0)
Kapitan Wrona + Facebook = biznes!
 



2-go listopada 2011 roku wracający z Newark Boeing 767 - z powodu problemów z podwoziem - przez kilkadziesiąt minut krążył na Warszawą. Ostatecznie wylądował awaryjnie na Okęciu. Szczęśliwe posadzenie machiny na brzuchu uznane zostało przez lotniczych ekspertów za wzorcowe, a wiadomości o nim momentalnie obiegły cały świat.

Oczywiście natychmiast pojawiły się niezliczone teorie spiskowe. Nawet „celebrytka" Marta Kaczyńska nie omieszkała na swoim „fejsbukowym" profilu przypomnieć (na zasadzie nietrafionego porównania) tragicznej daty 10. kwietnia... Z drugiej strony - znaleźli się i tacy, którzy szczęśliwe lądowanie uznali za „cudowne ocalenie" za sprawą relikwii Papieża Jana Pawła II, które akurat znajdowały się na pokładzie. Rzeczywistość jest jednak znacznie prostsza i nazywa się... Tadeusz Wrona. Dokładnie: Kapitan Tadeusz Wrona - pilot Polskich Linii Lotniczych LOT z niemal 30-letnim stażem, a aktualnie – podmiot liryczny pochwalnych wierszy i wzniosłych ód, które już wkrótce wejdą do kanonu lektur szkolnych ;-).

Kapitan Wrona z miejsca stał się bohaterem, którego postawę uhonorował nawet wysokim odznaczeniem państwowym Prezydent Bronisław Komorowski. Bohaterem, ale i... celebrytą. Od spektakularnego lądowania minęło zaledwie 5 dni, a już w największym portalu społecznościowym świata - pojawiło się co najmniej kilkanaście profili oraz stron gloryfikujących wyczyn pilota. Największe z nich liczą po grubo ponad 35 000 fanów!

To samo zjawisko zaobserwować można nie tylko w przypadku innych znanych osób, ale także wydarzeń i idei. Coś na zasadzie: nie lubisz wstawać przed siódmą rano? Załóż grupę na „fejsie". Wolisz trampki od półbutów? Załóż fanpage conversów! Jeśli pomysł będzie z względnym jajem, to bardzo szybko zbierzesz solidną porcję współwyznawców. Z lektury portali (i prowadzonych przez rozmaite agencje marketingowe badań) na temat internetowych memów wynika, że w większości przypadków - stykając się z jakąś „mniej więcej fajną" ideą w globalnej sieci - nie wgłębiamy się w szczegóły i nie zastanawiamy, kto za nią stoi. Tym bardziej, kiedy propagowana jest na portalu społecznościowym - przecież skoro znajomy „lubi to", to ja tym bardziej mogę!

W zasadzie powszechnym zjawiskiem jest fakt, że użytkownik Facebook'a nawet nie orientuje się ilu aplikacjom zezwolił na dostęp do swoich danych profilowych, ile i jakich stron polubił, a nawet - kim jest połowa z jego wirtualnych znajomych! Nic więc dziwnego, że drobnych zmian nawet nie zauważamy. Nie zwrócimy prawdopodobnie w ogóle uwagi na to, że kiedyś mocno aktywna strona o boleściach porannego wstawania jakoś zniknęła z horyzontu, a kiedy parę tygodni lub miesięcy potem - na naszej ścianie zaczynają pojawiać się statusy producenta ekologicznej (no i oczywiście - odpowiednio drogiej) pościeli... myślimy sobie: „o, pewnie gdzieś coś kiedyś polubiłam/em".....

Jeśli z tych 35 000 fanów bohaterskiego pilota Wrony tylko 1 procent kliknie w każdy publikowany przez taki profil/stronę link - to oznacza... dokładnie 350 potencjalnych klientów! Z jednego krótkiego zdania... Bo tak właśnie to działa. Jeśli kiedykolwiek zetknąłeś/aś się w internecie z ofertami sprzedaży profili na FB (lub innymi, typu: 5000 fanów w 14 dni...), to jest to po prostu brutalny biznes. Ty - a właściwie Twoje kliknięcie w „Lubię to" - stało się zwykłym towarem. A strona o tym, że „Jeeeesuuuu, jak ja nienawidzę wstawać przed siódmą!" została po prostu sprzedana.

Jeśli więc za jakieś 2-3 miesiące o kapitanie Tadeuszu Wronie już zapomnisz, za to nagle okażesz się fanem tanich linii lotniczych, to wiedz, że coś się dzieje... A przy okazji - właśnie poznałeś prosty przepis na prosty biznes. Bez matury. Tyle tylko, że - zgodnie z regulaminem Facebook'a - całkowicie nielegalny...

 


Tagi: tadeusz wrona, kapitan wrona, kapitan tadeusz wrona
matura-to-bzdura 2011-11-08 02:34:16
skomentuj (0)
Cmentarny biznes: znicze, wianki i... wata cukrowa
 



Stosunek rodaków do grobów i do ogólnie pojmowanej pamięci o zmarłych jest (mówiąc delikatnie) przerywany. Jedynym punktem constans, w którym niemal palpacyjnie zmierzyć można wzrost zainteresowania cmentarną duchowością jest oczywiście czas świąt listopadowych. I mimo że „hamerykańskie” Halloween wbija się do polskiej kultury z dużą konsekwencją i z równie wielką skutecznością, to świeczkę - im większą, tym lepszą - kupić raz do roku należy. Choćby na zasadzie kultywacji tradycji średniowiecznego odpustu czy ludowych dziadów ;-) Tak samo, jak jakiś cmentarny turbo – lampion i wypasioną wiązankę nabyć i zanieść na groby trzeba. Ot takie narodowe „zastaw się, a postaw”. A przy okazji – zjedz szczypka lub watę cukrową, a znudzonemu nagrobkowym maratonem dziecku – sprezentuj balonik.
Powiedzmy sobie otwarcie – jakiekolwiek święto (niezależnie od tego, czy kościelne, czy państwowe, ważne, czy istotne mniej) to wydarzenie także komercyjne. A że świąteczny rynek puchnie i powoli się przesyca, powszednieje – a przecież lud chce igrzysk! - pojawiają się nowe, celebracyjne atrakcje. W tym wypadku – atrakcje przycmentarne.

Czas zarówno świąt jak i tygodnie poprzedzające uroczystą celebrację to doskonały moment na podniesienie poziomów swojej finansjery. Wystarczy wskoczyć w rynek i wyczuć trendy. W przypadku świąt listopadowych – niezbyt wiele trzeba analizować. Wystarczy się rozejrzeć – najlepiej schodzą świeczki, wiązanki i szeroko rozumiane usługi cmentarne!

Najprościej oczywiście będzie, jeśli znajdziemy wakat w jakiejś cmentarnej firmie. Już na kilka tygodni przed świętami – portale i gazety z ogłoszeniami na temat możliwości zatrudnienia, wypełniane są przez propozycje dorobienia sobie przy produkcji świeczek i wiązanek. Stawki są różne i zależne w dużej mierze od regionu kraju. Czasami naliczane godzinowo, czasami od akordu. Podobno, można też skubnąć premie uznaniowe w przypadku przekroczenia norm przeciętnych mocy przerobowych. Tak czy siak – wijąc wianki i maczając dłonie w świeczkowej parafinie (ha!, kosmetyczki za taki zabieg wołają bajońskie sumy!) zarobić można od 5 do 12 zł na godzinę (+ bonusy za przekroczenie statystyk, + gładka skóra rąk – gratisowo, w ramach efektu ubocznego).

Stawki prezentują się podobnie w przypadku zatrudnienia się na stanowisku sprzedawcy. Okalające cmentarz budki i stoiska ze zniczami i wiązankami w tym okresie przeżywają prawdziwy najazd klienteli, więc często decydują się na tymczasowe zatrudnienie osób do pomocy. Praca nie jest może wybitnie opłacalna – zwłaszcza, że nie obejmuje ona pełnego wymiaru godzin, a dodatkowi pomocnicy zatrudniani są tylko na wieczory – ale od 50 do 100 zł (tak, tutaj też można liczyć na premie sprzedażowe!) leżące na chodniku samopas, rzadko się widuje.

Ambitni i/lub pełni zapału i wiary w cmentarne powodzenie – mogą postawić na własny biznes i samemu zorganizować świeczkowe stoisko. Hurtownie - „podstawowe”, popularne, niewielkie - znicze sprzedają w cenie od 1 do 1,4 zł. W marketach, można je kupić już za około 1.6 zł, a sprzedawcy przycmentarni – takie same lampiony oferują za 2 – 2,5 zł. Przebitka jest spora i regulowana indywidualnie, przez właściciela stoiska. Podobnie rzecz się ma z wiązankami – różnica między ceną hurtową, a końcową wynosi nierzadko ponad 100 %.

Popełniając takie prowizoryczne kalkulacje, nie wolno zapomnieć o opłatach związanych z dziennym wynajęciem miejsca na organizację stoiska. W tym wypadku, ceny za 1 metr kwadratowy na placu wahają się (zależnie od rejonu kraju i rodzaju biznesu, jaki będzie tam prowadzony) od 15 do 40 zł. Najtańsze w utrzymaniu są skromne stoiska z kwiatami, najdroższe – zyskujące na coraz większej popularności stoiska gastronomiczne: oferujące obwarzanki, szczypki, ciepłe przekąski i napoje, a także... watę cukrową.

Okresowy, cmentarny biznes okraszony jest oczywiście ryzykiem związanym z niesprzedaniem całości zakupionego wcześniej towaru. W przypadku stoisk przycmentarnych – znicze można stosunkowo łatwo odsprzedać „stałym” sprzedawcom, przetrzymać do następnego roku lub... jeśli nadmiar będzie niewielki – zachować na własny użytek.

O ile wspomniana wcześniej, przycmentarna wata cukrowa budzi spore kontrowersje, to (także stosunkowo nowy) pomysł na okolicznościowy biznes – opieka nad grobami – cieszy się ciepłym przyjęciem. W tym wypadku – wynagrodzenie za usługę jest bardzo indywidualne: zależy od zakresu rzeczonej opieki, czasu i częstotliwości jej sprawowania czy wielkości miasta w którym znajdują się groby. Podstawowa opieka nad grobem to najczęściej mycie płyty i pomnika i wysprzątanie otoczenia. Dodatkowo, na życzenie zleceniodawcy – osoba wykonująca usługę ma obowiązek zakupić kwiaty i znicze (rozliczenie występuje najczęściej na zasadzie okazania rachunków). Po zakończeniu każdorazowego zlecenia, należy sfotografować efekty pracy, a zdjęcia – przesłać pracodawcy. Wykonując jednorazowo takie zlecenie, zarobić można od 20 do 50 zł. Pomysł jest w fazie ewolucji i rozwija się w przyjemnie szybkim tempie. Boom na opiekunów grobów przeżywa swój renesans w czasie świąt listopadowych, ale na podobne zlecenia, pracownicy tej branży mogą liczyć praktycznie przez cały rok. Praca przeważnie nie jest wyjątkowo ciężka, można ją wykonywać bez specjalnych kwalifikacji i z braku laku – traktować jako dodatkowe źródło dochodu. Jedyne koszta (pomijając ustawowe składki, podatki itd. z okazji formalnego prowadzenia działalności) to najczęściej koszt dojazdu i zakup środków czyszczących, past i ścierek.


Tagi: cmentarz, handel, znicz, opieka nad grobami
matura-to-bzdura 2011-11-01 19:20:29
skomentuj (0)
Uwaga! Pozor! Achtung! Wirus! Zarabianie w sieci, czyli ciemna strona mocy.
 



Było już na tym blogu o zarabianiu w internecie w kontekście kursów, które rzekomo mają tego, jak generować z sieci kasiorkę. Teraz będzie o tym, jak niektórzy robią to w rzeczywistości i dlaczego powinniśmy nich i na ich działania uważać.

 

Pod koniec sierpnia, w jednym z serwisów zajmujących się bezpieczeństwem w sieci - pojawiła się informacja o wirusie (a właściwie trojanie, ale różnicą nie będziemy się tu zajmować) atakującym za pośrednictwem popularnego serwisu społecznościowego. Jego działanie wygląda mniej więcej tak: najpierw bot (czyli taki "wirtualny byt" - program) zaczyna rozmawiać z użytkownikiem przez czat Facebooka. Wygląda to tak, jakby odezwał się do nas znajomy, tyle - że zawsze w języku angielskim. Zwykle już w drugiej lub trzeciej wypowiedzi przesyła rozmówcy link do rzekomego filmiku zamieszczonego w serwisie łudząco podobnym do popularnego youtube. Osoba, która odwiedzi wskazaną stronę proszona jest o aktualizację oprogramowania Adobe Flash Player.

 

Jeśli to zrobi - pada ofiarą trojana. Zaczyna się niebezpieczna zabawa. Pobrany trojan sam w sobie prawdopodobnie nie poczyni żadnych specjalnych szkód na dysku użytkownika komputera. Ale w jakimś celu został przecież do wirtualnego życia powołany...

 

Trojan - czy wirus - w najmniej niebezpiecznym przypadku może na przykład ustawić na stałe stronę startową przeglądarki na „podrobione" Google lub jakąś całkiem nieznaną wyszukiwarkę. Może także wyświetlać własne reklamy tam, gdzie w rzeczywistości ich nie ma. Bywa, że jedynym jego zadaniem jest szpiegowanie odwiedzanych stron. To jednak jeszcze nic strasznego.

 

Gorzej, kiedy taki szkodnik zapisuje nie tylko informacje o tym, co użytkownik robi na komputerze i jakie strony odwiedza w internecie, ale i zapamiętuje wpisane z klawiatury znaki. W ten sposób, twórcy wirusa zyskują nieskrępowany dostęp do naszych skrzynek poczty elektronicznej czy kont do portali społecznościowych, a co gorsza - do danych karty kredytowej! Jak niebezpieczne jest to ostatnie, nie trzeba chyba nikogo przekonywać!

 

Zresztą - taka „przechwycona" poczta może zostać wykorzystana także do popularyzowania tzw. przekrętu nigeryjskiego. Co to jest? Ot, wystarczy oddać się lekturze pisanych łamaną angielszczyzną i tłumaczonych bez ładu i składu przy użyciu prostych translatorów na polski maili z cyklu „Honey, my name is Mustafa Al-Hazib and I get good news for you, my deer” (czyli: „Miodzie, mój imię jest Mustafa Al-Hazib i ja mieć dobry nowości dla ty, mój jeleń”) Generalnie – tego typu wiadomości mają wyłudzić dane i służą okradaniu ludzi, którzy naiwnie wierzą, że na końcu świata... czeka na nich naftowy spadek.

 

Jest jeszcze drugi powód funkcjonowania w wirtualnej rzeczywistości tylu wirusów. To tworzenie tak zwanych "bot'netów". Botnet jest siecią rozsianych po całym świecie komputerów, które dzięki temu, że są zainfekowane przez szkodliwe oprogramowanie - mogą wbrew woli i wiedzy ich użytkowników służyć celom twórców takiej sieci. Połączenie setek tysięcy komputerów w jedną, skoordynowaną całość umożliwia wykorzystanie ich mocy, która jest sumarycznie nieporównywalnie większa, niż moc nawet najlepszych superkomputerów przemysłowych. W ten sposób - przeprowadzane są chociażby cyber-ataki na duże korporacje, banki, czy instytucje rządowe!

 

Wirus na Facebooku powoli zbiera krwawe żniwo wśród rodzimych użytkowników portalu. Zwłaszcza, że wciąż jest niewykrywalny przez większość programów zabezpieczających komputery. Oczywiście, co rusz pojawiają się teorie spiskowe, że tego typu trojany wypuszczane są przez producentów antywirusów, którzy w ten sposób – zarabiają na aktualizacjach i zmuszają konsumentów do wykupienia uzupełniających licencji. Podobno w każdej plotce jest ziarenko prawdy. W tym wypadku – najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem szału wirusowego będz9ie stara jak świat... chęć zysku. Bo zarabianie w internecie to najprostszy, bo niewymagających praktycznie żadnych inwestycji sposób na wzbogacenie się na naiwności i nieuwadze użytkowników sieci. Tyle tylko, że jest to sposób (mówiąc delikatnie) nielegalny, a więc i obarczony potężnym ryzykiem wpadki. Prędzej czy później, sieciowy awanturnik wirusowy trafi tam, gdzie jego miejsce, czyli... za kratki, gdzie będzie dzielił pryczę z wirtualnym księciem naftowym, jego tresowanym jeleniem i nigeryjskim spamerem.


Tagi: wirus, scam, trojan, przekręt nigeryjski
matura-to-bzdura 2011-10-31 16:55:49
skomentuj (0)
Magister czy magazynier?
 


 

 

Nasi rodzice od małego powtarzają nam, że najważniejsze jest wykształcenie. Matura, potem studia - i dopiero wtedy można liczyć na dobrą pracę. Statystyki niestety pokazują co innego, a liczba „wykształconych bezrobotnych" ciągle rośnie. Jak się okazuje, to nie studia są czynnikiem decydującym o sukcesie w pracy czy biznesie.

Oczywiście, nikt nikogo nie namawia tutaj do porzucenia nauki. Wręcz przeciwnie - „wiedza to potęgi klucz". Tyle tylko, że wiedzę tą można nabywać różnymi drogami: na studiach właśnie, poprzez rozmaite kursy dodatkowe albo - we własnym zakresie. To, co liczy się dla potencjalnego pracodawcy najbardziej - to właśnie wiedza (a nie sposób jej zdobycia!) i praktyka.

Rzecz w tym, aby uczyć się z głową. Zamiast wkuwać wszystko na pamięć i bezkrytycznie przyswajać wszystko, co przekazuje nauczyciel/wykładowca - trzeba uczyć się po prostu myśleć. Jeśli potrafisz analizować otrzymywane informacje, wyciągać wnioski i zastosować w praktyce - wtedy dopiero świat staje przed Tobą otworem.

Jednym z największych i najbardziej szkodliwych mitów dotyczących studiów jest magia słynnego „mgr" przed nazwiskiem. Na szczęście, trend na pyszne przedstawianie się „nazywam się magister Jan Kowalski" minął już dawno. Zresztą - nie jest to poprawne nawet z czysto językowego punktu widzenia, ale to już zupełnie inna sprawa. „Mgr" sam w sobie - nikogo jeszcze nie uczynił mądrzejszym. Jeśli świeżo wykluty absolwent wyższej uczelni jest przekonany o tym, że trzy magiczne literki dają mu przewagę nad „resztą ludzkości", to mam dla niego smutną wiadomość: jest tylko jednym z wielu niczym niewyróżniających się ludzików w szarym tłumie. Zdobycie tytułu magistra w dzisiejszych czasach nie jest żadnym wyczynem i nic z niego nie wynika, oprócz - może - dobrego samopoczucia...

Jeśli oprócz solidnej dawki wiedzy nie stoi za nim przede wszystkim chęć i umiejętność dalszej nauki przyprawione dużą dawką pokory wobec bardziej doświadczonych w praktyce ludzi z danej branży - to tytuł tak,i można sobie o kant "d..." potłuc. Po prostu. Brutalny przykład z prawdziwego życia:

Przekonany o swojej nieomylności programista świeżutko po obronie pracy dostał się na praktyki do pewnej firmy. Pierwszego dnia pracy otrzymał proste zadanie programistyczne, zresztą - związane bezpośrednio z tematem jego pracy magisterskiej. Wykonanie zlecenia zajęło mu prawie tydzień, a zastosowane rozwiązania były skomplikowane i nieefektywne. Na wszelkie porady od doświadczonego kolegi miał tylko jedną odpowiedź: „ja wiem lepiej, pisałem z tego magisterkę, więc nie wciskaj mi kitu".

Ostatecznie zniecierpliwiony szef polecił realizację wspomnianego zadania swojemu etatowemu pracownikowi, który całą rzecz wykonał w ciągu kilku godzin, znacznie prościej, osiągając dużo lepsze efekty. Młody człowiek - zobaczywszy gotowe rozwiązanie - pokręcił tylko głową i stwierdził: „to tak się da? Nie wiedziałem, czego oni mnie uczyli na tych studiach?".

Koniec końców - nowy magister szybko okazał się jednym z najlepszych pracowników. Ale wymagało to „mocnego ciosu", który pokazał mu, jak bardzo mylił się, bezkrytycznie przyjmując wszystko to, czego uczono go na studiach. Lektura podręczników akademickim (przestarzałych o ładne kilka lat, co w branży informatycznej zakrawa już na prehistorię) dała mu solidne podstawy, ale powinna była zmobilizować go również do pogłębiania i rozwijania wiedzy. Tymczasem - może to wina okoliczności, a może przekonanego o swojej nieomylności profesora - przyniosła więcej szkody, niż pożytku.

Warto więc się uczyć, warto rozwijać, a wszelkiego rodzaju pomaturalne kursy - oraz oczywiście, studia wyższe - są inwestycją, która w przyszłości zwróci nam się wielokrotnie. Pod warunkiem, że nauczymy się myśleć. Jeśli chcesz tylko „wkuwać" - to siedź w domu i ucz się na pamięć książki telefonicznej. Albo idź na... prawo lub farmację ;-)

 


Tagi: magister
matura-to-bzdura 2011-10-27 23:22:11
skomentuj (0)
A może tak praca za „dziękuję"?
 


 

 

Kiedy matura już dawno za nami, a i pierwszy rok studiów dobiega końca - przychodzi czas na to, żeby pomyśleć w końcu o jakiejś pracy. Zwykle studenci podejmują wtedy zatrudnienie sezonowe. Część na wakacje wyjeżdża za granicę, inni - trafiają do restauracji albo pubów, jeszcze inni na przykład - roznoszą ulotki, albo podają cegły na budowach.

Stare powiedzenie mówi, że „żadna praca nie hańbi". Coś w tym jest, ale nie da się też ukryć, że jest praca „lepsza" i „gorsza". Przeważnie czynnikiem decydującym o podjęciu (lub nie) danej pracy jest... płaca. Nic dziwnego, bo chociaż podobno pieniądze szczęścia nie dają, to jednak nie śmierdzą i żyć się bez nich nie da.

Czas studiów zresztą, to - jak powszechnie wiadomo - czas bardziej zabawy, niż nauki. Student musi się wyszumieć, bo później nie będzie miał na to czasu. Kiedy założy rodzinę, rozpocznie poważną karierę w poważnej firmie - skończy się ta wspaniała wolność i trzeba będzie stawić czoła szarej codzienności. Tym bardziej - wakacyjna praca ma studentowi przynieść po prostu kasę. Ale czy tylko? Czy nie warto pomyśleć nieco bardziej perspektywicznie?

Praktyki i staże to problem. Z jednej strony - odbyć je trzeba. Wymaga tego program prawie każdych studiów. Z drugiej strony - albo bardzo trudno się na nie dostać, albo też polegają na „przynieś, wynieś, pozamiataj". O płatnych stażach - i praktykach tym bardziej - w trakcie studiów można w zasadzie tylko pomarzyć. Ba! Zdarzają się i tacy, którzy każą sobie płacić - chociaż każdy stażysta to przecież dodatkowa para rąk do pracy (patrz: staże dziennikarskie w TVN).

Z lektury ogłoszeń w specjalistycznych portalach można wyczytać, że większość pracodawców nie tylko za staże nie płaci, ale też od „wybrańców" wymaga więcej, niż od wysoko opłacanych, etatowych pracowników! Sytuacja nie jest wesoła.

Można jednak inaczej. Skoro i tak nic Ci nie zapłacą, to po co pchać się tam, gdzie Cię nie chcą? Coraz większą karierę od kilku lat robi w Polsce - i na świecie - idea wolontariatu. To rzeczywiście praca za przysłowiowe „dziękuję". Ale ma kilka zalet nie do pogardzenia:

 

- to wolontariusz wybiera, co chce robić

- przeważnie wolontariusz jest za swoją pracę szanowany

- zamiast podawać kawę - zdobywa się praktyczną wiedzę i doświadczenie

- potencjalni pracodawcy bardzo cenią ludzi z inicjatywą, takich, którzy chcą robić coś dla siebie i innych - a nie tylko dla pieniędzy.

Nie będę tu prawić kazań na temat tego, jaki to wolontariat jest wspaniały. Bo nie jest - wymaga wysiłku i poświęcenia. Czy daje satysfakcję? Jednym tak, innym mniej... Czy się opłaca? Zarobić się na tym nie da...

Ale z pewnością - już na starcie zawodowej kariery - daje przewagę nad tymi wszystkimi, którzy podczas studiów wyjeżdżali w wakacje "na truskawki", zamiast myśleć o przyszłości. Nie mówiąc już o tym, że wielu wolontariuszy kończy... robiąc dalej dokładnie to samo i w tej samej firmie lub instytucji, tyle tylko, że za poważne pieniądze.


Tagi: tvn, praktyki, wolontariat, staż
matura-to-bzdura 2011-10-27 18:18:13
skomentuj (0)
Chcą Cię nabić w butelkę! - rzecz o kursach e-biznesu
 

Mogę się założyć, że jednym z Twoich największych marzeń, to 'nie pracować i mieć kasę". Spokojnie, nie ma się co obrażać! Większość ludzi - wcale nie tylko Polaków - chciałoby „zarobić i się nie narobić". Ja też. ;-) Tyle tylko, że jeszcze parę lat temu internet nie był tak rozpowszechniony, jak jest dzisiaj, a możliwości „przeciętnego Kowalskiego" w zakresie jakiejkolwiek działalności w globalnej sieci - kończyły się na wysłaniu maila i przejrzeniu paru stronek... Mniejsza o to, jakich stronek...

Wracając do tematu - skoro pragnienie kasy jest pragnieniem generalnej większości ludzkości, to nic dziwnego, że Ci co sprytniejsi... znaleźli sposób, jak na tym zarobić. I o tym właśnie jest ten wpis.

Daj się nabić w butelkę, czyli jak NIE nauczysz się zarabiania w internecie".

Kiedyś ludzie myśleli sobie, że spełnieniem ich marzenia o posiadaniu wielkiej fortuny, będzie niespodziewany spadek, albo wygrana w Lotto. No, ok - dziś też tak myślą, ale nie w tym rzecz. Pierwsze mianowicie, co przychodzi Ci Drogi Młody Czytelniku do głowy, kiedy myślisz sobie o tym, jakby tu duuuuużo zarobić - na pewno jest właśnie internet. Pierwsze próby polegają przeważnie na klikaniu w rozmaite reklamy, za które ponoć ktoś kiedyś Ci zapłaci. A mnie wyrośnie kaktus na d... łoni.

Potem zaczyna się kombinowanie, co by tu ulepszyć. Skoro na przykład działa taka Nasza Klasa (o pardon! - NK), to pewnie można zrobić to samo, tylko znacznie fajniej. Zbierzmy się więc do kupy: koleżanka - szóstkowiczka z „polaka" - będzie pisać teksty na stronę, ten pryszczaty grubas z 2B za tygodniowy zapas hamburgerów napisze program, a ziomale z sąsiedniej ławki zrobią trochę szumu na mieście. No, przepis na udany portal gotowy!

Z czasem, po kilku podobnych próbach, zaczynasz dochodzić do wniosku, że coś w tym wszystkim nie gra. Przecież inni startowali tak samo, innym się udało, a tu ciągle „kupa". Myślisz sobie więc, że może Ci inni „coś" wiedzą, coś, czego Tobie brakuje do osiągnięcia sukcesu. Zaczynasz więc coraz więcej czasu poświęcać na szperanie w internecie. Pochłaniasz z entuzjazmem dziesiątki kolejnych artykułów o samodoskonaleniu i rozwoju osobistym, niemal na pamięć znasz biografie ludzi „którym się udało" - ale ciągle nic. Z lektury setek blogów wciąż nie wynika nic konstruktywnego, a Ty -cały czas jesteś w kropce. Dopada Cię desperacja.

Nikt, komu się udało, nie podzieli się z Tobą wiedzą za darmo! - logiczne, prawda? Taka obiegowa opinia... Może by więc zapłacić za tą wiedzę? Dochodzimy do sedna. Kursów, które mają Ci pokazać, w jaki sposób możesz wykorzystać internet do zarabiania pieniędzy - jest mnóstwo. Każdy, dosłownie każdy - reklamowany jest jako ten „najlepszy". Prawie wszystkie mają kilka wspólnych ze sobą cech:

1. mają przekazać w Twoje ręce „gwarantowany i niezawodny sposób na e-biznes"

2. są tak proste, „że nawet dziecko potrafi"

3. „moi znajomi śmiali się, kiedy..."

4. nie musisz nic umieć

Pora więc rozprawić się z tymi "słodkimi" obietnicami.

1. „Gwarantowany i niezawodny sposób na e-biznes".

Nie ma, nie było i nigdy nie będzie uniwersalnego sposobu. Gdyby był - wszyscy bylibyśmy miliarderami. Sukces w e-biznesie (tak samo, jak i w „tradycyjnej" przedsiębiorczości) zależy od zbyt wielu czynników jednocześnie, by można było go „gwarantować". Nie jest trudno obiecywać złote góry. Zawsze można powiedzieć swojemu kursantowi, że źle wykorzystał przekazaną wiedzę.

2. „Nawet moje dziecko to potrafi".

Małpę też można wyszkolić. Bez urazy. Zwykle natura tego e-biznesu jest taka, że rzeczywiście "nawet dziecko" może się go nauczyć. To akurat jedyna prawda.

3. „Moi znajomi śmiali się gdy zaczynałem, teraz mi zazdroszczą".

Przeważnie nabijali się z głupoty głupoty. I śmieją się dalej. Już samo zdanie podobne do przytoczonego powinno spowodować, że w głowie zapali Ci się przysłowiowe czerwone światełko. Jest to bowiem nic innego, jak oklepany i powtarzany do znudzenia slogan, mający przekonać Cię do danej oferty. Tyle tylko, że to powielana w milionach egzemplarzy kopia. Jak myślisz - czy człowiek, który nawet nie potrafi wymyślić oryginalnego zdania, potrafi nauczyć Cię czegoś o innowacyjności? O przedsiębiorczości? O KREOWANIU źródła dochodu?

4. Nie musisz nic umieć..

...bo matura to bzdura, a wiedza jest nikomu niepotrzebna. Problem w tym, że - posługując się językiem internetowych marketerów - najpilniej strzeżonym sekretem sukcesu w e-biznesie, są właśnie... wiedza i umiejętności. Jeśli ktoś twierdzi, że nie musisz nic umieć, to: albo ma Ci za idiotę, albo NIE CHCE żebyś zaczął zarabiać.

Podsumowując: jeśli widzisz skonstruowaną w podobny sposób ofertę, która ma Cię zachęcić do wzięcia udziału (a raczej zapłacenia za niego) w kursie zarabiania w internecie - to uciekaj gdzie pieprz rośnie. Właśnie bowiem trafiłeś na osobę, która nie nauczy Cię niczego. Cały kurs sprowadzał się będzie do jednej z tych rzeczy:

a) promuj programy partnerskie

b) napisz e-book'a (czyli skopiuj fragmenty cudzych blogów i złóż je w jedną całość)

c) rób to, co ja ;-)

Ewentualnie do kombinacji tych propozycji. W kolejności dowolnej.

Niewątpliwie w ten sposób NIE nauczysz się zarabiać w internecie, za to stracisz swój czas, pieniądze i wiarę w swoje możliwości. Dlatego uwierz na słowo i nie daj się nabić w butelkę. Cały powyższy tekst powstał na podstawie boleśnie prawdziwych doświadczeń - między innymi własnych.

To wszystko oczywiście nie znaczy, że kursów wiarygodnych i przydatnych nie ma, ale to już temat na zupełnie inny wpis...

 


Tagi: zarabianie w internecie, e-book
matura-to-bzdura 2011-10-26 22:11:55
skomentuj (0)
 
 
księga gości


Polecamy
Obrazy nowoczesne które nadadzą blasku każdej ścianie.


2011
listopad
październik


Tagi